Opublikowano

Wywiad z Shelter Sled Dog Racing Team

Nigdy nie spodziewaliśmy się tego, że trafimy na tak wspaniałych ludzi. Ruszając z Benji’s Planet, plany mieliśmy ambitne, ale rzeczywistość bardzo pozytywnie nas zaskoczyła. Jednym z największych niespodzianek jest współpraca z Shelter Sled Dog Racing Team. Cudowne kobiety, z ogromną pasją i jeszcze większym sercem do psów. To zaszczyt karmić takich wojowników!

Początkowo to miał być krótki artykuł, ale jak to w życiu bywa – plany się zmieniły. Tak oto powstał szczery, pełen emocji wywiad, do którego chcielibyśmy Was serdecznie zaprosić. Rozsiądźcie się wygodnie, złapcie herbatę i poznajcie tę niesamowitą historię!

Dziewczyny, jak narodziła się Wasza pasja do psich zaprzęgów?

Wszystko zaczęło się od pierwszego psa rasy Siberian Husky – Ziomka – który pojawił się w naszym życiu w 2007 roku. Justyna wyciągnęła go ze schroniska i jak się szybko okazało, tym samym adoptowała również szereg problemów. Ziomek miał ogromny lęk separacyjny, był też ciężko chory. Przez półtora roku brał zastrzyki, ponieważ jego jelita nie funkcjonowały najlepiej i musiał być przez to dodatkowo chroniony. Powoli z czternastomiesięcznego szczypiorka wyrastał na silnego, niezależnego i, co czasem sprawiało nam problemy, bardzo dominującego psa. Ziomek nauczył nas pokory do tej rasy, ogromnej cierpliwości i pokazał, że pies ze schroniska czy nie, ma swoje potrzeby.

Justyna zaczęła się interesować psimi zaprzęgami jako sposobem na zmęczenie go, by nie roznosił mieszkania podczas dłuższej nieobecności. Metodą prób i błędów zaczęli trenować na rowerze. Pojawili się raz na zawodach jako widzowie w 2009 roku i rok później wystartowali po raz pierwszy. Wynik? II miejsce na rowerze! To dało nam ogromnego kopa! Justyna zaczęła szukać kolejnych informacji, dokopywać się do innych zawodów, Iza z kolei zaczęła być coraz lepsza w fotografii. Bo Ziomek zmienił nie tylko to, że do naszego życia wkroczyły psie zaprzęgi, ale też dzięki niemu Iza zaczęła fotografować ten sport i dzisiaj jest jednym z kilku fotografów wyspecjalizowanych w tej dyscyplinie.

Jak można się domyślić, niedługo potem zaczęłyśmy jeździć na zawody w Polsce, próbować swoich sił w innych kategoriach, zaczęłyśmy przyjmować pod nasze skrzydła inne adoptowane psy, by biegały z naszym Ziomkiem. Nim się obejrzałyśmy, a Justyna wylądowała w klasie z czterema, potem sześcioma, a od sezonu 2019/2020 – z ośmioma psami na wózku czterokołowym. W dodatku złotym wózku, bo w 2017 roku jeden z zagranicznych zawodników pożyczył od nas ten sprzęt i wygrał medal mistrzostw świata.

PS Nadal próbuje go od nas kupić 😉

Początki jak w wielkich kinowych produkcjach! Ile obecnie psów jest pod Wasza opieką?

Mamy trzy psy na własność, z czego tylko dwa startują w psich zaprzęgach. Jest to Heroina – kilkuletnia suczka husky, odpięta z łańcucha, a także Rocky – siedmioletni, czarny jak noc mix wyżła z labradorem. Malutka Fibi (rasy Shiba) początkowo jeździła z nami na zawody, ale miała bardzo ciężkie przejścia w życiu i nie miałyśmy serca jej tak męczyć. Zostaje więc na weekendy pod opieką albo rodziny, albo doświadczonych opiekunów zastępczych, których ona zaakceptowała. Bo Fibi niestety jest z pseudohodowli, z chowu klatkowego. Zmieniła 3 właścicieli w ciągu jednego tygodnia i gdy do nas trafiła, przewracała się na boki ze strachu, bo chciała się zlać z podłogą i bała się trawy, bo nawet nie wiedziała, co to takiego. Miała zaledwie kilka miesięcy… Dzisiaj rządzi naszym stadem i pokazuje dziki charakterek, ale dopiero po roku zaakceptowała innych członków rodziny i każda zmiana w domu jest dla niej mocno traumatycznym przeżyciem. Staramy się ją socjalizować, zabierać na spacery i pokazywać innych ludzi, ale proces ten trwa nieprzerwanie już prawie dwa lata i osiągamy malutkie postępy. Jednak każdy, nawet najmniejszy krok, cieszy bardzo mocno.

Oprócz tego mamy wiele psów w treningu, około 4-5 i nigdy nie zamykamy drzwi na nowe psiaki. Nie wszystkie z nami startują w zawodach, ale też nie o to chodzi. Chcemy przede wszystkim pomóc właścicielom, by efektywnie spędzali czas ze swoim psem, mieli z tego radość i zarazili się miłością do psich zaprzęgów.

No dobra, to czas na kluczowe pytanie – czy to są tylko Husky, czy inne rasy też?

Patrząc na naszego czarnego rodzynka, który myśli, że jest Huskym, ale tak naprawdę to po prostu wielki, umięśniony labrador, to nie, my kochamy wszystkie psiaki! Mamy pięknego Malamuta naszej bardzo dobrej znajomej, który jeździ na zawody, a także najlepszą przyjaciółkę Heroiny, Tajgę, która na co dzień mieszka w pięknym miejscu w górach i świetnie dopełnia nasz zaprzęg w startach. Oprócz tego przygotowujemy 3 psy Husky do biegania, na razie jednak żaden z nich nie jeździ z nami, by się ścigać. Kolejnym rodzynkiem jest wyżeł włoski Cecil – chłopak zaczynał jako ledwie roczny psiak, któremu jeszcze kwiatki były w głowie, a teraz spokojnie trenuje po kilka kilometrów z całym zaprzęgiem. Kto wie, może dołączymy go do naszego zaprzęgu chaosu ;).

Czyli jednak Husky górą. Pytanie za sto punktów – co sobie cenicie najbardziej w tej rasie?

Z psami Husky nie można się nudzić! Mamy mnóstwo historii, najczęściej z Heroiną, bo jak lubimy mawiać – imię zobowiązuje – które przyprawiły nas o palpitację serca, ale dzisiaj się z tego śmiejemy. Na przykład Heroina kilka dni po sterylizacji ściągnęła z wysokiej półki bombonierkę z czekoladkami z alkoholem. I całą zjadła. Teraz wyobraźcie sobie, jak pijany w sztok pies fruwa po ścianach przez cztery czy pięć godzin, a ty wisisz na telefonie z weterynarzem i zastanawiasz się, jakie będą skutki jej młodzieńczego buntu 😉 Na szczęście skończyło się na dużej kupie i kacu, żaden szew się nie rozerwał podczas imponujących skoków między szafkami, biurkiem, fotelem i innymi meblami. Psi parkur, serio. Niestety człowiek w nerwach zapomina o nagrywaniu, ale wspomnienie zostało.

Innym razem Heroina wspięła się na ponad dwumetrowy garaż. I tam niepodzielnie rządziła, bo tak jej się podobało, a trzeba wiedzieć, że psy Husky to tak naprawdę koty w psim ciele. Teraz wspina się na samochody, ku ogólnej rozpaczy Justyny i stamtąd obserwuje otoczenie. Cenimy sobie w tej rasie właśnie tę niezależność i tak różne, często skrajnie różniące się charaktery. Jest w tym jakiś element dzikości, ale są to też psy o naprawdę dużej inteligencji. Iza nauczyła Ziomka, gdy miał siedem lat, by opuszczał ogon do zdjęć. Potrzebowała tego do fotografii i na jej warsztaty, a Ziomek szybko podłapał, o co jej chodziło i mogła z kilku, kilkunastu metrów wydać komendę, a on ją spełniał bez wahania. Można powiedzieć, że każdego dnia coś się dzieje i właśnie to – ta niewiadoma, co tym razem przyjdzie im do głowy, sprawia, że tak bardzo pokochałyśmy tę rasę.

Czy wśród tak cudownych psów macie swojego ulubionego?

Musher (poganiacz psów) nie może mieć ulubionego psa, zresztą żaden właściciel kilku psów w życiu nie powie, że któryś jest tym ulubionym. Na pewno ogromny wpływ na nasze życie miał Ziomek – jego śmierć zamknęła pewien rozdział w naszym życiu, ale też ukierunkowała nas na nowe tory. Psy ras północnych, zwłaszcza będąc w stadzie, mają duże skłonności do zazdrości. Niestety miałyśmy z tego powodu też sporo kłótni między psami, które czasami kończyły się walkami o miejsce w hierarchii. Dlatego ważne jest, by wszystkie psy traktować na równi, tak samo. Każdego psa – czy to naszego, czy to tego, który przyjeżdża do nas na treningi i zabieramy go na zawody – kochamy tak samo i traktujemy na równi. Wszystkie psy otrzymują tyle samo uwagi, każdy dostaje swoją porcję przytulania i pieszczot. Każdy pies ma też tyle samo treningu, chyba że jest wyłączony z powodu kontuzji, wtedy staramy się mu to zrekompensować i gdy Justyna trenuje, Iza zabiera go na długi spacer z nauką sztuczek. Dzięki takiemu podejściu wszystkie nasze psy wiedzą, że są kochane i nie są w żaden sposób pominięte. Nie znaczy to, że nasi fani nie mają swoich ulubieńców! Oni mogą mówić i pisać, który z naszych psów w teamie jest ich ulubieńcem. Rozumiemy to doskonale, bo psy potrafią skraść niejedno serce.

Dziewczyny, przejdźmy teraz do konkretów. Co jest wyzwaniem w prowadzeniu Shelter Sled Dog?

Nie mamy stałego teamu, do naszej paczki ciągle dołączają nowe psy. Wiele z nich jest po przejściach, tak jak nasze. Wyciągnięte ze schroniska, po interwencjach, odpięte z łańcucha. Oczywiście nie jest naszym celem to, by te psy się kochały. Mają razem współpracować, tolerować się i cieszyć z tego, co im umożliwiamy – z biegu. I tutaj leży sedno naszego wyzwania – każdy z tych psów niesie ze sobą bagaż różnych doświadczeń i tylko nasza w tym głowa, by je naprostować i pokazać, że praca z człowiekiem może być fajna.

A gdybyście miały powiedzieć, co Wam daje największą radość podczas pracy?

Możemy przebywać na świeżym powietrzu, robić to, co kochamy i z psami, które kochamy. Na pewno cieszą nas małe sukcesy naszych podopiecznych, gdy poprawia się ich kondycja, ich sylwetka, gdy dobrze zareagują na komendę lub podejmą dobrą decyzję podczas biegu. Najważniejsze to czerpać radość z tego, co się robi. Gdybyśmy jechały na każde zawody czy trening z przeświadczeniem, że to po to, by wygrać, już dawno temu byśmy przestały.

Czy jest coś, z czego jesteście niezwykle dumne?

To może zabrzmieć nieco dziwnie, ale jesteśmy dumne z tego, że ludzie nas widzą, znają nas i szanują za to, co robimy. Ostatnie wywiady do telewizji i gazet to powód do dumy, ale też pewnego rodzaju nagroda za ciężką pracę, którą wkładamy w team każdego dnia. I nie zamierzamy spoczywać na laurach. Psie zaprzęgi to bardzo niszowy sport, więc każda możliwość rozmów z mediami może promować nie tylko nas, ale też zawody, innych zawodników, ideę tego sportu. Dwie pieczenie na jednym ogniu, a wielu może na tym skorzystać!

Pociągnijmy temat dalej. Jaki jest Wasz największy sukces?

Zdecydowanie start w Mistrzostwach Świata! Justyna w sezonie 2016/2017 zdobyła Puchar Polski w klasie B0, czyli 6 psów z wózkiem czterokołowym, co dało nam automatycznie przepustkę na start w MŚ, które były organizowane w Polsce pod Poznaniem. Zawodnicy z całego świata, ponad tysiąc psów na miejscu, praktycznie wszystkie z papierami, z niesamowitą historią sportową w rodowodach. A wśród nich nasz barwny, kolorowy zaprzęg, gdzie każdy pies był innej rasy, innej wielkości. Polacy znają nas od lat, ale dla osób zza granicy to był niezły szok. Podchodzili do nas i przecierali oczy ze zdumienia, gdy mówiłyśmy, że nasze psy pochodzą z adopcji, ze schronisk, są po ciężkich przejściach i nieciekawej przeszłości. Nie spotkałyśmy się z drwinami czy żartami, a z ogromnym szacunkiem i podziwem dla tego, ile w nas było determinacji, by znaleźć się tam wśród tylu utytułowanych zawodników i psów. Oczywiście nasze psy nie miały szans wygrać czegokolwiek, nasz zaprzęg zajął 14 miejsce, ale sam fakt pojawienia się tam, wystartowania i pokazania, że psiaki ze schronisk też mogą wiele osiągnąć, była niczym stanięcie na najwyższym stopniu podium.

Można powiedzieć, że Wasza praca i pasja, to całe Wasze życie. Czy jest sytuacja, która na zawsze pozostanie w Waszej pamięci?

Choroba i śmierć naszego pierwszego psa, Ziomka. Psy mają dwie podstawowe i największe wady – gdy coś się dzieje i coś je boli, w ogóle tego nie okazują. Psy Husky mają tak samo, a nawet gorzej – do samego końca biegają, skaczą i zachowują się jak gdyby nigdy nic. My zauważyłyśmy jednak zmianę – Ziomek zaczął chrapać. Początkowo zrzucałyśmy to na karb jego wieku – miał już 10 lat, nie był młodzieniaszkiem i wiele razy dostał już za to od innych psów, gdy się stawiał. Oczywiście nie zignorowałyśmy tego zupełnie, zleciłyśmy badania. Justyna wiedziała, że jest bardzo źle już po samej minie weterynarza. Ziomek miał chłoniaka umiejscowionego w gardle. Guz był na tyle duży, że zaczynał powoli utrudniać psu oddychanie. Iza dowiedziała się o chorobie psa, będąc w Las Vegas w USA. To był trudny czas dla całej rodziny, a ogromna odległość nie pomagała w podróżowaniu, bo ciągle myślami wracała do tego, że niestety w jego stanie została już tylko opieka paliatywna. Oczywiście nie poddawałyśmy się i próbowałyśmy szukać pomocy, ale przedłużanie na siłę życia dla naszego zdrowia psychicznego byłoby po prostu nieludzkie. Został zdiagnozowany w sierpniu, odszedł od nas w listopadzie, kilka dni po tym, jak pojechał z nami na zawody. 11 listopada już zawsze będzie dla nas dniem, w którym nas opuścił i rozpoczął nową przygodę za tęczowym mostem. Mamy z nim mnóstwo wspaniałych wspomnień, był niezapomnianym psem i ogromną gwiazdą. Kochał być w centrum uwagi, uwielbiał ludzi i zawsze chciał się popisywać przed aparatem. Miał dużo fanów, którzy go kochali i z zaciekawieniem śledzili jego poczynania. Jeden z fanów właśnie powiedział, że wraz z jego śmiercią skończyła się pewna era psich zaprzęgów w Polsce. Dla nas na pewno tak to właśnie wyglądało.

Bardzo przykro to słyszeć, wyrazy współczucia. Myślę, że nadal niewiele mówi się o zaprzęgach w Polsce. Czy to trudna dziedzina?

Zdecydowanie tak, zwłaszcza na początku. Nie ma o tym żadnych aktualnych podręczników, nikt nie gromadzi tej wiedzy w sieci czy na blogu. Wszystkiego trzeba nauczyć się od innych lub metodą prób i błędów. Do każdej klasy trzeba się inaczej przygotowywać, a trzeba pamiętać, że mamy w klasach biegaczy czy rowerzystów. Do tego dochodzą regularne treningi psów i podstawa podstaw, bez której nic się nie uda – komendy. Pies musi słuchać mushera, przewodnika zaprzęgu, reagować na polecenia. Później przychodzi dobieranie psów w pary, odpowiednie żywienie, bo to jednak psi sportowcy, byle karmą z marketu się nie pożywią, dlatego cieszymy się, że możemy karmić nasze psiaki karmą Benji’s Planet. To jest najwyższa półka, jeżeli chodzi o żywienie psów.

Powożenie zaprzęgiem kilku czy później nawet kilkunastu psów to zawsze wyzwanie. Do tego dochodzi nauka jazdy na hulajnodze do psich zaprzęgów czy na wózku. Sanie też wbrew pozorom nie są proste do opanowania. W głowie mushera musi siedzieć także cały plan treningowy dla każdego z psów lub dla całej ekipy, rozpisany na wiele tygodni przed rozpoczęciem sezonu, jak i później, w trakcie wyjazdów na zawody. W naszym przypadku dochodzi jeszcze inna kwestia – czy ten nowy psiak ze schroniska faktycznie będzie chciał biegać i dogada się z naszymi psami? My prowadzimy treningi dla osób z zewnątrz, przyjmujemy coraz to nowe psiaki i dajemy im szansę na wybieganie się z innymi psimi znajomymi. Psie zaprzęgi to sport ekstremalny – jest prędkość, jest nuta niepewności czy psy nie skoczą za zwierzyną. To też bardzo uzależniające zajęcie! A gdy mistrzowie świata chętnie dzielą się wiedzą i chwalą twój zaprzęg za świetne zgranie, możesz mieć wtedy ogrom satysfakcji z pracy, którą wkładasz w to wszystko.

To spójrzmy szerzej. Czy w Polsce jest więcej ekip i jak ogólnie wygląda sytuacja psich zaprzęgów w naszym kraju?

W sporcie psich zaprzęgów jesteśmy potęgą. Gdy Polacy jadą na zawody rangi mistrzowskiej, to wszyscy wiedzą, że trzeba będzie ostro walczyć, by wyrwać im złoto. Z każdych zawodów, czy to europejskich, czy to światowych, wracają z workiem medali. I nie ma tutaj znaczenia, czy startują na kołach, czy na śniegu – w każdym przypadku dajemy znać innym, że jesteśmy poważną konkurencją. Niestety brak porządnych zim powoli zmusza zawodników do wyjazdów na treningi za granicę, co niektórym też utrudnia regularne starty na wysokim poziomie przygotowania. Ponadto musimy ostro pracować na to, by media zainteresowały się psimi zaprzęgami. Najczęściej są to telewizje śniadaniowe, rzadziej duże stacje, chociaż wielokrotny mistrz świata, Igor Tracz, miał własny odcinek w jednym z programów na Discovery Channel. Na zawody Mistrzostw Polski z reguły przyjeżdża ponad 100 zawodników, z czego wielu z nich startuje po kilka razy ze względu na ilość psów, którą ze sobą przywozi. Aktywnych zawodników z licencją jest także ponad setka. Jak więc każdy może się domyślić, to dosyć zamknięte środowisko, ale otwarte na nowe osoby. Musherzy są też bardzo miłymi osobami, chętnie dzielą się wiedzą i historiami z czasów, gdy zaczynali startować lub gdy sam sport wchodził do Polski w latach 90.

Czy na świecie zdarzają się drużyny z psami ze schronisk, czy raczej jesteście ewenementem?

To jest bardzo ciężkie do określenia, bo nie istnieje jedno konkretne miejsce w sieci, które by nas wszystkich zrzeszało od początku do końca, z całego świata. Wiemy na pewno, że to my przecierałyśmy szlaki pod kątem zaprzęgów złożonych tylko z psów z adopcji i nadal jesteśmy uznawane za te pierwsze, które odważyły się na ten krok. W Polsce pojawiło się od tego czasu sporo ekip, które też próbują swoich sił, ale w skali Europy czy świata? Raczej możemy zostać uznane za ewenement i zawsze chylimy czoła tym, którzy także dają szansę swoim adopcyjnym psiakom. Doskonale wiemy, jakie to bywa trudne i czasochłonne.

Z tego, co widzę, Wasza pasja zajmuje Wam wiele czasu. Czym zajmujecie się na co dzień?

Justyna pracuje w firmie kosmetycznej. Po godzinach wspiera całym sercem adopcje psów północy. Pomaga przy adopcjach, prowadzi internetowe bazarki i podpowiada ludziom, gdy nachodzą ich różne wątpliwości i pytania. Iza z kolei na co dzień pracuje jako konsultant public relations i fotograf zwierząt. Prowadzi warsztaty i szkolenia z fotografii, wykonuje sesje zdjęciowe dla prywatnych klientów i marek związanych ze zwierzętami. W wakacje wyjeżdża do Stanów Zjednoczonych, by uczyć amerykańskie dzieci jazdy konnej, w czym także ma wykształcenie i prawie dwudziestoletnie doświadczenie w pracy z końmi.

Jakie macie plany przyszłość?

Na pewno chcemy zacząć startować także w zawodach na śniegu. Będzie to trudne, bo nadal nie mamy porządnych sań do startów, a także zimy z prawdziwego zdarzenia. Jest mnóstwo imprez blisko Polski, na Słowacji czy w Niemczech, ale przez brak treningów i sprzętu jesteśmy zmuszone czekać i odkładać ten plan w nieskończoność. Byłoby też wspaniale pozyskać kolejnych sponsorów – niestety sport psich zaprzęgów jest drogi, a nie będziemy ukrywać, że wszyscy ścigamy się o worek karmy. Sponsorzy są niejako ratunkiem dla wielu teamów w zmniejszeniu wydatków, które i tak przekraczają zawrotne kwoty. Eksploatacja sprzętu, samochodu, samo paliwo, noclegi czy wyżywienie to niekończąca się lista. A czasem trzeba tyle wydawać co weekend. Ktoś mógłby się popukać w głowę i zapytać nas – to po co to robimy, skoro oprócz medalu i dyplomu nie można nic wygrać? A kto by odmówił tym mordkom, które zaczynają wyć ze szczęścia i same włażą nam w szelki, gdy się pakujemy na trening? To dla nich to robimy, aby były szczęśliwe.

Nie mogło się obyć bez pytania bonusowego! Lubicie koty?

My wręcz kochamy koty! Naszym pierwszym wspólnym zwierzakiem był czarny kocur Max, którego uratowałyśmy w 2001 roku po tym, jak go sąsiedzi kilka domów dalej wyrzucili do lasu. Początkowo miałyśmy znaleźć mu dom, ale rodzice w końcu ulegli naszym namowom i został na stałe. I to była najlepsza decyzja w naszym życiu! Max stał się pełnoprawnym członkiem naszej rodziny, jeździł z nami na wakacje na wieś, zawsze był pod opieką kogoś z rodziny. Miał złoty charakter, nigdy umyślnie nikogo nie ugryzł ani nie podrapał i choć do końca nie zaufał ludziom i nie wskakiwał nam na kolana, przychodził na pieszczoty i głaskanie. Weterynarze go uwielbiali, bo był jednym z nielicznych kotów, do którego mogli podchodzić bez rękawic do cięcia metalu! Max dawał się wyginać do zdjęć rentgenowskich, USG nie stanowiło dla niego żadnego problemu, a do pobrania krwi podawał nawet łapkę! Nie musiałyśmy go nigdy trzymać do żadnych zastrzyków czy podawania kroplówek. Był z nami szesnaście lat, wychowałyśmy się z nim i trzymałyśmy go w ramionach, gdy odchodził po walce z chorobą. Niestety Justyna w międzyczasie dorobiła się uczulenia na koty, z kolei Iza na razie nie może mieć kota ze względu na częste, kilkumiesięczne wyjazdy do Stanów Zjednoczonych. Dlatego teraz staramy się pomagać kotom, a o własnych na razie możemy jedynie pomarzyć. Zresztą Max był jedynym w swoim rodzaju i ciężko byłoby go zastąpić.

Piękna historia, prawda? Już teraz rozumiecie, dlaczego porzuciliśmy pomysł zwykłego artykułu na rzecz wywiadu? To jest dla nas zaszczyt móc wspierać dziewczyny w ich pracy. Oby nasza karma dawał psom jak najwięcej siły, zdrowia, odwagi i determinacji! Trzymamy mocno kciuki za dalsze sukcesy i Was również zachęcamy do tego, aby wesprzeć Shelter Sled Dog Racing Team. Zasługują na to, jak mało kto!

Wywiad przeprowadził Marcin Malec

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *